„Jak się nie posypie to nie urośnie” – no uwielbiam to stwierdzenie – szczególnie u plantatorów. To nie jest tak, że ja ich nie lubię, czy coś… Ja po prostu nie potrafię zaakceptować takiego podejścia: „Kasa się musi zgadzać, i jeszcze, żeby się przy tym za dużo nie narobić, a zarobić. A te miastowe to niech płaco i jedzom, bo innego nie bedzie i niech sie cieszo, że w ogóle majo”. No chyba coś tu nie gra!!

Coraz częściej dostaję pytania, jak to jest, że my mówimy że nie sypane, a jednak nam urosło??? Na pewno kłamiemy, żeby sprzedać i się dorobić. Na pewno tak musi być, bo teraz to bez sypania to nic nie będzie.
Otóż będzie!! Tylko, to strasznie dużo pracy wymaga, żeby rosło bez sztucznych nowozów – żeby naturalnie doprawić ziemię, by dawała plon.
Po pierwsze trzeba mieć trochę wiedzy, a po drugie trzeba mieć zwierzęta lub dostęp do obornika zwierzęcego. I tu tkwi sedno sprawy! Ten obornik… to trzeba przecież albo przy zwierzętach chodzić, albo pojechać z przyczepą i załadować od jakiegoś rolnika lub ze stadniny. To przecież samo się nie zrobi. Co więcej z tym sławetnym obornikiem to jest jeszcze nie koniec! To trzeba jeszcze rozwieźć po polu (no i do tego ten zapach…), później jeszcze trzeba przyorać, żeby wymieszać go z ziemią i żeby mógł się w niej rozłożyć i dać próchnicę. Ale to są przecież koszty! Paliwo, czas, wysiłek! Komu by się chciało tak pracować jak wół – przecież można pojechać na skład, kupić odpowiednie „kolorowe kuleczki”, sypnąć – i już mniej pracy, mniejsze koszta, nie śmierdzi, a wszystko rośnie na oczach i rozkłada się od razu nie trzeba długo czekać na efekty…
A taki co chce się męczyć i inwestować i koszty ponosić to baran głupi jest… No więc… my chodzimy jak te barany: odpowiednio przygotowujemy ziemię do sezonu zarówno warzywnego jak i zbożowego. Tak, chodzimy też przy zwierzętach. Co więcej, ponosimy te koszty, cięko pracujemy, a czasem nam nawet nie urośnie (to już wogóle klapa i praca za darmoszke). Oprócz tego między uprawami właściwymi siejemy przedplony z roślin, które po przyoraniu doprawiają ziemię oraz stosujemy płodozmian, żeby ograniczać rozwój chorób, grzybów i szkodników w glebie.

Może i jesteśmy głupi i pracujemy – kiedy inni po prostu posypią i opryskają i mają 3-4 krotnie większy plon z takiego samego kawałka ziemi.
Ale czy o to chodzi? Żeby najeść się chemii, nakarmić ludzi chemią i cieszyć się, że się tanio wyprodukowało i kasy się zarobiło? I co z tego skoro tą kasę wydasz później u lekarza i w aptece, a nie rzadko już jest za późno i nawet kasa Ci nie pomoże.
A Ja myślę, że chodzi o słuchanie Matki Natury i współgranie razem z nią – i korzystanie z jej dobra (korzystanie, a nie perfidne wykorzystywanie!). To co od niej weźmiemy zawsze trzeba będzie zwrócić. Jeśli będziemy oszczędzać na żywności i promować „marketowy chłam” zamiast prawdziwego jedzenia, to nigdy nie będzie dobrze, bo producenci powiedzą, że takie są „potrzeby rynku” i będzie tylko gorzej.
Pozdrawiamy wszystkich, którzy myślą jednak trochę inaczej i podejmują wysiłek, dla życia w zgodzie z naturą. Zapraszamy również do dyskusji na ten temat – bo na codzień o takich rzeczach się nie rozmawia – media nie pokazują. Na reklamach wszystko piękne, ładnie opakowane, tanie, szybkie i wygodne – a niekoniecznie dobre i pożyteczne dla nas.

